Mój organizm sprawił mi dziś niespodziankę. Dobre dwa tygodnie (17 dni) przed... i okres. No bez przesady...
Bilansu dzisiejszego też mi się nie chce liczyć, ale wypiszę wszystko co zjadłam:
- brokuł na parze
- 3x kawa inka
- kanapka z szynką z indyka
- dwa plasterki białego sera
- dwa jabłka
w ciągu dnia podjadałam jeszcze kilka kulek białego winogrona. Wiecie co? Czuję, że jeszcze kilka dni na tym zadupiu przepełnionym ludźmi, a moja dieta zostałaby spalona. Nie dam się ;) Ooo nie! Jeszcze tylko przetrwać jutrzejszy dzień do wyjazdu... Na na na.
Wiecie co? Im bardziej przypominam sobie, jak wyglądały moje bilanse do dnia imprezy rodzinnej, tym bardziej czuję się okropnie. Wstyd mi przed samą sobą, a co dopiero przed Wami. Chciałabym zacząć od nowa, ale się nie da. W końcu PO COŚ zaczęłam pisać tego bloga. Kasowanie bloga, zaczynanie od nowa i udawanie, że wcześniej nic nie było, mijałoby się z celem. Dlatego, ciągnę to dalej i wierzę, że może być tylko lepiej... Kocham Was, wiecie?
Kocham i całuję ;*
[...] Zaraz potem pomyślałem o zmarłym człowieku w piżamie, o jego całkowitej, bezbrzeżnej samotności, która sprawiła, że w ciągu dwudziestu lat nikt, dosłownie nikt nie zauważył jego zniknięcia. I doszedłem do wniosku, że o wiele gorsza od głodu, pragnienia, braku pracy, nieszczęśliwej miłości, poczucia klęski- gorsza od tego jest świadomość, że nikogo, absolutnie nikogo nie obchodzi nasz los.


